Wszyscy doskonale znamy te ścieżki. Barania Góra to cel weekendowych wycieczek, a przez Kubalonkę przejeżdżamy, jadąc do Wisły czy Istebnej. Podziwiając widoki, rzadko zastanawiamy się nad pochodzeniem ich nazw. Tymczasem stare „Cieszyńskie podania” kryją historię, od której włos jeży się na głowie. To nie jest bajka na dobranoc.
Dotarliśmy do archiwalnego tekstu, który przytacza brutalną legendę związaną z jednymi z najpopularniejszych miejsc w Beskidzie Śląskim. Centralną postacią tej opowieści jest Kuba „Szałaśnik” – postać mroczna, budząca grozę wśród dawnych pasterzy.

Pod tekstem podpisał się Andrzej Podżorski. Był to znany wiślański nauczyciel, badacz folkloru i założyciel Muzeum Beskidzkiego w Wiśle. Regularnie pisał artykuły o lokalnej historii, podaniach i legendach między innymi do „Kalendarza Ewangelickiego” (szczególnie w okresie międzywojennym).
Sędzia i kat na górskich halach
Według podań, Kuba „Szałaśnik” był nieformalnym, ale bezwzględnym władcą górskich pastwisk. Opisywany jako surowy sędzia i kat w jednej osobie, twardą ręką egzekwował porządek na halach, a sprzeciwianie się mu było daremne.
Legenda przytoczona w artykule opowiada o tragicznym losie młodego pasterza o imieniu Michał. Chłopak, pilnujący owiec na zboczu wysokiej góry, wymknął się nocą, by odwiedzić swoją chorą siostrę, Marenkę. Zmęczony, zaspał w chacie siostry i nie wrócił na czas do swojego stada.
Gdy rankiem Michał biegł z powrotem na halę, drogę zastąpił mu sam Kuba Szałaśnik. To, co zobaczyli na miejscu, przypieczętowało los młodego pasterza. Pod jego nieobecność szałas spłonął, a wraz z nim powierzone mu zwierzęta. Na polanie dymiły tylko zgliszcza i unosił się swąd spalonego mięsa.
Wyrok Kuby był natychmiastowy i okrutny. Za zaniedbanie obowiązku, mimo błagań chłopaka o litość, „Szałaśnik” ściął Michała toporkiem na miejscu.
Skąd wzięły się nazwy, które znamy?
Z artykułu wynika, że ta tragiczna historia ma swoje bezpośrednie odzwierciedlenie w nazewnictwie geograficznym, którego używamy do dziś:
- Barania Góra – według przytoczonego podania, nazwa szczytu pochodzi właśnie od owego pożaru, w którym żywcem spłonęły owce (określane w tekście jako „sto baranów”).
- Kubalonka – popularna przełęcz to nic innego jak „Kuby Łąka”, nazwana tak na pamiątkę bezwzględnego sędziego i kata, który wymierzał tam swoją sprawiedliwość. Nazwa ta pojawiała się już na starych, austriackich mapach.
Straszliwy koniec kata
Legenda głosi, że okrucieństwo Kuby „Szałaśnika” ostatecznie obróciło się przeciwko niemu. Nie doczekał on spokojnej starości. Według opowieści, słowaccy pasterze, mszcząc się za jego pastwienie się nad juhasami, schwytali go i zgotowali mu straszliwy los – ugotowali go żywcem we wrzącej żętycy (serwatce z owczego mleka).
Czy Kuba był postacią prawdziwą? Niektórzy badacze, jak E. Grimm, uważali, że mógł być postacią historyczną – być może zbiegłym chłopem pańszczyźnianym lub ukrywającym się w górach szlachcicem, który objął władzę nad pasterzami. Niezależnie od tego, ile w tej legendzie jest prawdy, a ile góralskiej fantazji, historia ta nadaje naszym Beskidom mrocznego, fascynującego kolorytu.
Wybierając się następnym razem na szlak w okolicach Baraniej Góry, warto wspomnieć tę dawną, krwawą opowieść.
/DM
Dołącz do naszego kanału nadawczego, by nie przegapić kolejnych informacji z naszego regionu!




